Karma i tak mnie dopadnie

W imię ostatnich pensji szaleję. Kupuję wszystko, co jeszcze zdążę kupić, nim znów uwięznę w bagnie ubóstwa.

Spódnice, bluzki i buty. Wszystko używane, za bezcen. Moralnie, bo z drugiej ręki, z mniejszymi wyrzutami sumienia, bo za taniość świetna jakość. I mam teraz trampki wypasione, wiosnę afirmujące. Wystrojona mogę chodzić od stóp do głów, śliczna i zasobna w odzienie pani pracująca a co, a co.

Chwytam chwilę, już mi się wymyka.

Jak się urwie, szybko następnego balonika nie złapię – złe myśli rozwieją je wszystkie poza mój zasięg. Ściągam je na siebie stadami.

Jedne w szlachetnej sprawie na klatę biorę: masakra zieleni, chwytam jak rasowy paparazzo za telefon, nagłaśniam, piętnuję, nie daję nikczemności przemknąć za plecami. Mało kto mnie za to lubi, wielu nie lubi. Złe myśli w mym kierunku zmasowanym atakiem rączo pomykają.

Biorę je na klatę i na nieosłonięty kaskiem łeb, taka szlachetna jestem, a co. Będę dźwigać.

W międzyczasie umykam z miejsca popełnionej zbrodni.

Bo poranek, bo pośpiech, bo on do przedszkola, a ona na wycieczkę, bo nerwy, bo ona zgubiła to śmo owo, bo późno, autokar zaraz odjedzie, a ja parkuję nieporadnie, boli jak nieporadnie. Zabolało zderzak srebrzysty onieśmielającego wana, co wpadł mi pod ogłupiałą pośpiechem mym kierownicę. Bo parking zapchany, bo: mamo, spóźnimy się, bo ten autokar i przedszkole, bo późno. Jęcząc nad zderzakiem w duszy i wijąc się samowkurwie własnym, nie nadążam z karteczką z namiarami, bo musiałabym szukać, a on źle się ubrał, trzeba przebrać, nie, nie na sali, teraz, a ona: mamo, cztery minuty! Pędzę karteczki nie znajdując, za wycieraczkę srebrzystego nic nie zatknąwszy. Wyrzuty sumienia gryzą mnie po gołych piętach. Wrócę tu, wrócę i wezmę to na klatę, ale teraz muszę ją odwieźć, bo wycieczka, autokar, bo późno, bo już.

Wracam. Nie ma srebrzystego wypasem wana z naruszonym lakierem zderzaka.

Trampki mam błękitne jak niebo, karmę czarną jak piekła dno.

Nie umknę, nie umknę, jeżeli jest jakaś sprawiedliwość na tym świecie. Nie pomoże nawet to, że w błękitnych trampkach lekka jestem jak ważka.

Worek czarnego węgla na mój łeb.

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s